Kultowy Punkt G(astronomiczny)!

20.04.2018 r.
Punkt G odnaleziony. Okazuje się, że znajduje się w Pszczynie na ul. Bankowej, a jego właścicielem jest Marek Furczyk. Brzmi nieprawdopodobnie? Dopiero zaczynamy.

Potencjał nieprawdopodobieństwa zaskakuje od samego początku. W bocznej uliczce dwudziestotysięcznego miasteczka znajdujemy miejsce, które wymyka się utartym schematom i zaskakuje od samego wejścia. Odwieszam płaszcz na wieszak, którym okazuje się zgięta łyżeczka. Uśmiecham się do siebie, bo już wiem, że ktoś się postarał. Oczami wyobraźni widzę właściciela, który na dwa dni przed otwarciem siedzi na podłodze i z uporem maniaka zagina kilkadziesiąt metalowych łyżek zastanawiając się co go do tego podkusiło. Odpowiedź jest prosta i w moim odczuciu będzie to po prostu niesamowita dbałość o szczegóły, autentyczność, którą znajdujemy w zjawiskowym szyldzie, klasycznym menu oraz w zatrzaśniętym klamerką rachunku. Wiem też, że im dalej tym będzie tylko ciekawiej. Dlatego siadamy z Markiem Furczykiem przy stole, zamawiamy kawę i zaczynamy rozmawiać o tym co się musi wydarzyć w twoim życiu, żebyś otworzył swoją restaurację. No właśnie, co?

Marek Furczyk: Jestem kucharzem. I nie ma co się oszukiwać, jak każdy kucharz marzyłem o własnym lokalu. Zjeździłem pół świata w poszukiwaniu ciekawych smaków i inspiracji. Miałem dużo szczęścia, bo odbywałem praktyki w najlepszych ( gwiazdkowych) restauracjach we Francji. Miałem przystanek w Tajlandii, gdzie zakochałem się w azjatyckiej kuchni. Tego typu podróże dają ci przede wszystkim odniesienie, perspektywę. Po pewnym czasie stwierdziłem, że czas rzucić się na głęboką wodę i rozpocząć własny biznes. Udało się, jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy.

Łukasz Gamrot: Brzmi nad wyraz prosto, ale nie wierzę, że się nie bałeś. Praca w cudzych restauracjach jest w pewnym sensie bezpieczna. Nie interesuje cię nic poza gotowaniem. Nie bałeś się prowadzenia własnego lokalu? Nie bałeś się, że nie wypali?

M.F: Bać się? A czego tutaj się bać. Najwyżej się nie uda. To jest bardzo proste, albo coś robisz albo się boisz i upraszczając: albo to się udaje albo nie. Nigdy się nie bałem, to świat miał się bać mnie ( śmiech) ! A tak zupełnie poważnie, to od początku wiedziałem jakie miejsce chcę stworzyć i robiłem wszystko żeby tak się stało. Byłem skupiony na celach, które konsekwentnie sobie wyznaczałem. Słuchałem ludzi. I wydaje mi się, że udało mi się stworzyć miejsce uniwersalne – będące kompilacją różnych pomysłów. Przeznaczone dla różnorodnych gości. Najlepiej widać to wczesnym popołudniem, kiedy w restauracji zobaczysz zarówno rodziny z dziećmi, zakochane pary, jak i ludzi w garniturach, którzy przychodzą na spotkania biznesowe. Oni wszyscy czują się tutaj dobrze. I z tego jestem zadowolony.

Ł.G.: Odnoszę wrażenie, że powodów do zadowolenia masz o wiele więcej. W końcu każdy gastronom marzy o tym, żeby spróbować przełożyć to co znajduje się w jego głowie, w wyobrażeniach o idealnym miejscu, na rzeczywistość. Niestety to bardzo rzadko się udaje. Punkt G niczego nie udaje, nie sili się na oryginalność. Zarówno wystrój, jak i menu jest proste, zachwycające tymi nieoczywistymi „smaczkami” jak stoły ze starych desek czy połączenie kuchni tradycyjnej i orientalnej. Chciałbym więc zaryzykować stwierdzenie, że goszcząc w tym miejscu czuję, że zostałem zaproszony do twojego prywatnego świata i nie ukrywam, że całkiem tutaj ciekawie.

M.F.: Wielkie dzięki, miło to słyszeć. Szczerze powiem, że od początku Punt G cieszy się dużą popularnością. Mam wrażenie, że wynika to z filozofii, którą kierowałem się przy tworzeniu tego miejsca, a którą definiuje jedno pojęcie: comfort food. W restauracji bardzo ważnym elementem jest poczucie bezpieczeństwa. I mam na myśli zarówno przyjazną atmosferę, jak i jedzenie. Zamawiając któregoś z naszych G-klasyków, które na stałe weszły do karty, wiesz, że nie będziesz rozczarowany. Poza tym goście są przeze mnie traktowani jak znajomi, z większością jesteśmy na „cześć”. Przychodzą się przywitać i rozmawiamy o tym co im smakowało. To sprawia, że przy stole w Punkcie G spotykają się przyjaciele, a moim zadaniem jest utrzymać ich dobry nastrój od samego wejścia. A dobry nastrój najlepiej utrzymuje się gdy komfortowo jecie doskonałego sznycla ( śmiech ) .

Ł. G.: … i jeszcze dobre piwo. Sznycel i piwo, wtedy zaczynam myśleć o założeniu rodziny w takim miejscu ( śmiech). Żeby jednak nie było tak łatwo i przyjemnie, to powiedz mi proszę jak to wszystko ma się do nadmuchanego przez media i programy telewizyjne wyobrażenia, o wręcz natchnionej misji, która wiąże się z zawodem kucharza? Gdzie nie spojrzysz tam widzisz przekombinowane potrawy podawane wśród fajerwerków i wodotrysków, które oczywiście serwuje ci sam maestro patelni, natchniony demiurg i nie śmiej nazwać go kucharzem, bo skończy się awanturą. Oczywiście przerysowuję na potrzeby rozmowy, ale chyba rozumiesz o co mi chodzi.

M.F.:
Całe życie poświęciłem gotowaniu. Nie czuję, że pracuję, bo sprawia mi to przyjemność, nawet jeżeli spędzam w kuchni kilkanaście godzin dziennie. Jednak, mimo wszystko, zawsze pamiętam o tym, co jest w gotowaniu najważniejsze, a mianowicie moment, w którym zostajemy z potrawą sam na sam. Kiedy ona po prostu nam smakuje.  I może dlatego wybrałem kierunek wyznaczany przez comfort food. Może dlatego mi się udało, bo widzę stałych klientów, którzy nadal potrafią zawołać mojego kucharza i podziękować mu za coś, co ich zachwyciło. Ta swoboda, interakcja z ludźmi, błyskawiczny feedback. To jest dla mnie chyba w tym najważniejsze.

Ł.G.: Marku, co mogę powiedzieć? Cenię sobie takie podejście, jednak chciałbym zapytać o drugą stronę medalu. Moim zdaniem, ale też zdaniem ludzi z branży, udało cię się stworzyć restaurację na swój sposób kultową. Byłbyś więc tak miły i w kilku słowach wspomógł nas taką prostą instrukcją obsługi: „Kultowa knajpa. Krok po kroku.”. Wydamy to i dzielimy się zyskami, pamiętaj.

M.F.: Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu. Notujesz? (śmiech). Lubię eksperymenty gastronomiczne, jednak od początku zawsze stawiałem sobie pytanie o to, co moi goście chcieliby zjeść, czego spróbować. To był początek. W Polsce mamy wielu świetnych kucharzy, którzy robią cuda w kuchni, a potem otwierają restauracje i niestety po pół roku one znikają. Wynika to w dużej mierze z braku konsekwencji w działaniu. Poza tym uważne słuchanie tego co mówią do nas goście, jest niezwykle cenną umiejętnością. Moim zdaniem kuchnia uczy pokory, zarówno do życia jak i do ludzi; ego bardzo przeszkadza w kuchni. Trzeba pamiętać, że od każdego kogo spotykamy możemy się czegoś nauczyć, dlatego zbieram każdy feedback. Mam świetną pamięć do tego co smakuje moim gościom. Pamiętam sytuację kiedy jedna Pani zamówiła sałatkę i nie wiedziała, że jest z serem pleśniowym, którego nie cierpi. Dwa lata później trafiła do mojej restauracji i głośno stwierdziłem, że tej Pani proszę w żadnym wypadku nie podawać sera pleśniowego. Była w szoku, ale jednocześnie była zachwycona.

Ł.G.: Taka pamięć chyba jest traktowana jako super moc w gastronomii?

M.F.: Wyobraź sobie, że ktoś pamięta co lubisz i jak lubisz zjeść. Czy może być coś przyjemniejszego w restauracji?

Ł.G.: Nie ukrywam, że dla mnie bomba, ale to musi być jednak trochę przerażające, kiedy zamiast twarzy widzisz blanszowany liść szpinaku w occie z kawałkami duszonej baraniny.

M.F.:
Tak źle jeszcze nie jest (śmiech). Wszystko sprowadza się do tego, że jednak sprawiasz ludziom przyjemność i to daje dużo satysfakcji. Świetna atmosfera, którą podkreślamy smacznym jedzeniem i detalami, spójnymi z tym miejscem i z ludźmi, którzy je tworzą. Tutaj masz swój przepis. Wystarczy?

Ł.G.: Dzięki wielkie, to w takim razie powiedz mi jeszcze co to za ciekawe i intrygujące piwo zamówił właśnie kolega ze stolika obok… ( śmiech).

M.F.: Tutaj nie ma czego się zupełnie wstydzić. Tak jak widzisz wszystko w Punkcie Gastronomicznym jest na swoim miejscu, nie ma przypadków. Tichauer znalazł się tutaj, bo pasował. Od początku uwierzyłem w markę Tichauera, podobał mi się sposób w jaki został przywrócony historyczny brand, który od początku wyróżniał się jakością i szczerością. Jestem pierwszym ambasadorem Tichauera, a to naprawdę świadczy, że musiałem być pewien tego co robię. Gościom smakuje, także to jest najlepsza recenzja.

Ł.G.: Dziękuję w takim razie za fantastyczną rozmowę, mam tylko nadzieję, że nie poprosisz o autoryzację, bo wtedy umknie nam kilka ciekawych wątków ( śmiech). Życzę powodzenia w realizacji pomysłów i mam nadzieję, że wkrótce spotkamy się przy przyjacielskim sznyclu.

M.F.: (śmiech) Do zobaczenia.
 
Rozmawiał Łukasz Gamrot